sobota, 2 kwietnia 2016

Rozdział 5

Sara
                Pik, pik, pik, pik… Dźwięk kardiomonitora doprowadzał mnie do szału, jednak nie mogłam go ani wyłączyć, ani choćby ściszyć. Właściwie, to nie mogłam się nawet ruszyć. Czułam, że staje się coraz bardziej świadoma, słyszałam głosy dochodzące z zewnątrz, jednak kiedy próbowałam otworzyć oczy lub chociaż poruszyć palcem…
                Wiedziałam, że jestem w szpitalu, przez te wszystkie dźwięki. Nie wiedziałam jednak, dlaczego się tu znalazłam i dlaczego wszystko tak bardzo mnie boli. Miałam w głowie kompletną pustkę. Próbowałam przypomnieć sobie bezskutecznie jakąkolwiek informacje. O sobie, o tym, dlaczego tu jestem i co mi właściwie jest.
                Usłyszałam, że ktoś wchodzi do pomieszczenia, zatrzaskując za sobą drzwi. Tak samo subtelnie podsunął sobie krzesło bliżej mnie i zasiadł, rzucając czymś, zapewne na jakąś blisko mnie położoną szafkę.
                – Mogłabyś się w końcu obudzić, bo gadanie do takiego niemal trupa, to żadna frajda – usłyszałam czyjś głos, jednak nie byłam w stanie go rozpoznać. Poczułam, że owy ktoś dotyka mojej dłoni. – Tęsknimy za tobą wszyscy. – Głos mu się załamał. – Dom jest bez ciebie taki pusty, a mała… ciągle dopytuje, gdzie jej mamusia. I co ja mam jej mówić?
                Kim do cholery był facet, który do mnie mówił? I jaka mała? O co tu chodzi?
                – Twoja idiotyczna matka mówi, że już się nie obudzisz, że powinniśmy wyjechać, ja i mała… ale nie zostawimy cię, aniele. Musisz do nas wrócić. – Poczułam muśnięcie ust na czole, a później na dłoni. – A jak już to zrobisz… – zamilkł. – To chyba ci aż wtłukę za to, ile strachu narobiłaś.

                No zawołaj mnie wreszcie, bo zaraz tu kociokwiku dostane jakiegoś – mówiłam w myślach do drzwi z tabliczką, z wyjątkowo głupim nazwiskiem.
                Zaczęłam stukać paznokciami o szklany stoli, stojący po mojej lewej stronie. Były na nim rozrzucone broszurki, z denerwującym, motywującym do działania bełkotem. Miałam ochotę szarpnąć ręką i spierdolić całe to gówno na ziemię, ale zamiast tego zerwałam się na równe nogi i wparowałam do gabinetu Darrena. Nie pofatygowałam się, żeby chociażby zapukać, otworzyłam tylko drzwi z trzaskiem na całą szerokość.
                Moim oczom ukazał się siwiejący brunet, którego już dobrze znałam i siedząca naprzeciw niego starsza kobieta, wyraźnie wystraszona moim kulturalnym wejściem. Zignorowałam ją jednak i wbiłam wiercące spojrzenie w mężczyznę. Wstawał powoli, obserwując każdy mój ruch.
                – Potrzebuję porozmawiać – wywarczałam przez zęby. – Dzwoniłam. Dzwoniłam kurwa, miało być na dwudziestą, jest dwudziesta trzydzieści, a ja potrzebuje porozmawiać, Darren, teraz, teraz potrzebuję – zaczęłam chaotycznie, zaciskając i rozluźniając przy tym pięści, aż zacisnęłam je tak mocno, że jestem pewna, że pobielały mi kłykcie.
                – Wiem, Saro – zaczął łagodnie, będąc już prawie obok mnie. – Jednak jest opóźnienie, pójdź do Margaret, zaparzy ci herbaty, zaraz skończymy i cię przyjmę, dobrze? – mówił do mnie jak do dziecka albo jakbym była jakaś, kurwa, niedorozwinięta.
                – Nie mów tak do mnie – wysyczałam. – Nie będę czekać. Nie masz czasu, to pierdol się. – Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam korytarzem, zakładając na siebie kurtkę.
                Wszystko we mnie dygotało, wszystko, a moją głowę zalewały wizje, których wcale nie chciałam. Do uszu dobiegały głosy. Wiedziałam, że wcale nie mówią do mnie teraz, w tej chwili. To były głosy, które mówiły do mnie lata temu, głosy, których nie chciałam, nie chciałam i nie wiedziałam, czego one ode mnie, kurwa, chcą.
                – Wczoraj miałem pogrzeb, jutro mam pogrzeb, a pojutrze się żenie. Same nieszczęścia mnie spotykają w tym tygodniu – jęczał zabawnie przystojny brunet do kolegi, jednocześnie głaskając moje udo.
                Przewróciłam ostentacyjnie oczami i trzasnęłam go w ramię za ten głupi żart, ku jeszcze większej uciesze chłopaka siedzącego naprzeciwko nas.
                – Ale chociaż kawalerski fajny planuję – ciągnął, żeby mnie zdenerwować. – Spotkamy się z jakimiś gorącymi paniami. Szampan, kisiel, te sprawy… – wymieniał.
                – Nikt z tobą nie pójdzie, twoja przyszła żona by nam gardła poprzegryzała – stwierdził ten drugi i wyszczerzył się głupkowato.
                – Nikt nie pójdzie, bo nikt go nie lubi – odezwałam się. – Ale ja z tobą chętnie spędzę ten wieczór, misiu. - Pogłaskałam ukochanego po włosach z szerokim uśmiechem, na co odpowiedział mi wzrokiem godnym samego diabła.
                Chłopak który przed chwilą tak ochoczo wszystko komentował, teraz buchnął śmiechem, a ja poczułam, jak palce drugiego wbijają się w moje udo, prosto w splot nerwowy, przez co naprawdę zabolało. Wyrwałam nogę i odsunęłam się od wariata, przewracając jednocześnie oczami.
                Westchnął na to przeciągle i przygarnął mnie do siebie, szepcząc na ucho, że…
                – Wypierdalać! – wrzasnęłam w końcu, rzucając wszystkim co miałam w rękach o chodnik, na którym już się znalazłam. – Dajcie mi kurwa spokój – jęknęłam znowu i upadłam na kolana, czując, jak łzy ciekną mi po policzkach. Schowałam twarz w dłoniach, próbując złapać głębszy oddech.
                Miałam wrażenie, że coś mnie zaraz rozedrze od środka, rozczłonkuje, zje i wypluje. Jakby były we mnie dwie osoby i ta druga chciała wyjść na powierzchnie, zabrać mój spokój i zniszczyć, zniszczyć wszystko. Zniszczyć mnie całą.
                Poczułam czyjeś dłonie, które biorą mnie pod boki i unoszą na murek, koło którego klęczałam. Nie otworzyłam oczu nawet na chwile, nie byłam nawet ciekawa, kto to był, dlaczego to robi i czy teraz nie zrobi mi jakiejś krzywdy.
                – Sara… – usłyszałam ciepły głos. Otworzyłam oczy. Darren ukucnął przy mnie i spojrzał z dołu na moją twarz. – Co się dzieje?
                – Nie wiem – wyszlochałam, rozsypując się na dobre. – Zabierz to, Darren, ja już nie mogę, one mnie zabiją.
                – Nie zrobią tego. – Sięgnął po moje rzeczy: Torebkę, z której wszystko się wysypało, klucze, potłuczony telefon… Zebrał wszystko i podniósł się, żeby wziąć mnie pod ramię i zacząć prowadzić w stronę budynku. – Zaparzymy ci ziółek, dobrze? I porozmawiamy.
                Dałam się mu prowadzić, chociaż wewnętrznie nie uspokoiłam się w najmniejszym stopniu. Dopiero siedząc w jego gabinecie, z do połowy wypitą szklanką obrzydliwego naparu, byłam w stanie wydusić z siebie słowo.
                – Leżałam w łóżku. Ja tylko leżałam w łóżku Darren, a one przyszły i nie potrafiłam sobie poradzić z tą falą. Widzę coś, a nie wiem co to, kim oni są i dlaczego… – zachłysnęłam się powietrzem. – Dlaczego ja niczego nie pamiętam. – Przymknęłam oczy i zaczęłam szybciej oddychać.
                – Spróbujesz opisać mi to, co widziałaś? – zapytał łagodnie.
                Pokręciłam głową, bo naprawdę nie wiedziałam, co mam powiedzieć. Nie potrafiłam opisać niczego, co widziałam.
                – Facet, był tam jakiś facet i byłam ja. I nie wiem co więcej. Kurwa, nie wiem. – Odłożyłam z głuchym stuknięciem filiżankę i oparłam czoło o dłoń.
                – Potrzebujesz czasu, Sara – powiedział cicho, a we mnie zawrzało.
                – Czasu? – warknęłam, łypiąc na niego morderczo. – Minęły dwa lata. Ile tego czasu jeszcze mi potrzeba? Kolejne dwa? Pięć? Dziesięć? Nawet nie wiem kim są ludzie, których widzę, nawet nie wiem czy żyją, co mnie z nimi łączyło, nikt mi nic, kurwa, nie mówi! Nawet nie wiem czy…
                – Czy co? – dopytał, bo długo się nie odzywałam.
                – Czy ja na pewno mam na imię Sara, czy to wy mi tylko to wmawiacie. – Moje oczy po raz kolejny zaszły łzami. – Ty i moi pieprzeni rodzice, którym chyba jest wygodniej, że zrobili ze mnie kurwę bez emocji. Potrafię być tylko wściekła albo przybita, nic więcej. W tym co widzę, nikt nie mówi do mnie pierdolona Sara, Darren, nikt.
                – Jak do ciebie mówią?
                – Nie wiem.
                – Nie wiesz – powtórzył, jakby innej odpowiedzi nawet nie oczekiwał.
                – Nie. Nie pamiętam. Pamiętam przez chwilę i zaraz zapominam.
                – Może tylko ci się to wydaje… – zaczął niepewnie. – Rozmawiałem z twoimi rodzicami, Sara – westchnął w końcu. – Twój ojciec przyjeżdża co tydzień. Wszystko co mi powiedział, próbowałem ci przekazać od wypadku. Nic więcej mi nie mówił, więc i nic więcej pewnie nie ma. Skąd u ciebie taka podejrzliwość? Nie nastawiaj się tak negatywnie, to twoja rodzina, chcą dla ciebie dobrze. Pozwól im cię wspierać.
                Nie odpowiedziałam, bo jak dla mnie, to pierdolił bez sensu. Psycholog o dupę potłuc. Karmi mnie kłamstwami, które mu naopowiadali. Są siebie, kurwa, warci wszyscy.
                – Przepiszę ci nowe lekarstwa – odezwał się w końcu, na co wzruszyłam tylko ramionami. – Przyjdź do mnie we wtorek, a gdyby się coś działo, dzwoń. Możesz się po nich kiepsko czuć. A jak twoja relacja z Katherine? Powiedziałaś jej?
                – Nie.
                – Dlaczego?
                Ponownie wzruszyłam ramionami. Nie mogłam powiedzieć nic Kat. Wiedziała tylko, że miałam wypadek. Nie wiedziała, że straciłam pamięć, że przed tym miałam dobre życie, ludzi, którzy mnie kochali, dobrą pracę – chociaż kto wie czy miałam, w końcu mam na to tylko słowo matki i ojca. Nie wie i nawet nie zauważa, że nie potrafię sobie poradzić ze sobą, ciągle jestem na psychotropach, w nocy mam same koszmary, których nie rozumiem…
                Moje złe traktowanie jej nie jest spowodowane tym, że to do niej coś mam, a tym, że zalewa mnie fala niezrozumiałych głosów lub obrazów z przeszłości, których nie potrafię nawet opisać. Tak mi się przynajmniej wydaję... Myśli, że bywam z mężczyznami dlatego, że to lubię, bo jestem puszczalska  i nic nie warta, a tak naprawdę, to chce po prostu coś poczuć, coklolwiek, chociaż przez chwilę. Mimo, że to brzydzi mnie samą.
                Katherine mnie nie zna. Nie wie, że Sara, którą zna, to jedynie maska. Maska, której nigdy nie zdejmę przed nią, bo nie może poznać moich słabości, nie może. Nikt więcej już nie może, bo wykorzystają to przeciw mnie.
                Mimowolnie zaczęłam kręcić głową.
                – Pójdę już do domu – szepnęłam ledwo słyszalnie, gapiąc się w podłogę.
                – Myślę, że…
                – Już mi lepiej – przerwałam mu. – Jest mi lepiej – skłamałam, tym razem pewniej.
                Odpuścił i wypisał receptę. Podając mi ją, zerknął jeszcze na moje ręce, pokryte okrągłymi i podłużnymi bliznami. Spojrzałam na nie, próbując sobie przypomnieć, kiedy właściwie się pojawiły, ale zamiast tego, była tylko jedna, wielka, czarna dziura.
                – Nie było tego wcześniej – mruknął, łapiąc mnie za nadgarstek. Nim zdążył się przyjrzeć, zabrałam rękę i wsunęłam ją w rękaw płaszcza.
                – Nie pamiętam, skąd są – burknęłam i wzięłam swoje rzeczy.
                – Sara – odezwał się, kiedy byłam już przy drzwiach. – Jeśli dalej będziesz to robić, pójdziesz do szpitala.
                Spojrzałam na niego przez ramię, nie wierząc w to, co mówi. Zacisnęłam wargi w wąską linię, ale nie odezwałam się już słowa. Zamiast tego wyszłam, trzaskając za sobą drzwiami.

                – I co z nim? – spytałam, kucając przy brunecie upapranym w smarze.
                – Spierdolił się – stwierdził profesjonalnie.
                Pokiwałam smutno głową, patrząc na mój biedny samochód. Mężczyzna wsiadł do środka i odpalił po kilku próbach, jednak po chwili autko zadławiło się i zgasło, jednocześnie puszczając z silnika gęsty dym.
                – Dymi jakby papieża wybrali – zawołał wesoło i trzasnął przednią klapą z całej siły, bo inaczej by się nie zamknęła. Rozłożył ręce i podszedł do mnie. – Umarł, nic ci nie poradzę. Weź mój, tylko nie rozbij. – Ucałował mnie w policzek i odszedł w kierunku ślicznego domku.
                Spojrzałam w dół, chcąc wbić wzrok w ziemię, ale mój wzrok skupił się na brzuchu. Byłam w ciąży, na oko, w około czwartym miesiącu. Pogłaskałam niewielką wypukłość, kręcąc głową.
                – Twój ojciec jest głupi, wiesz – mruknęłam do maleństwa. – Dobrze, że chociaż mama rozumna, bo byś miał przepieprzone… albo miała. – Uśmiechnęłam się sama do siebie i ruszyłam za mężczyzną, rzucając ostatnie tęskne spojrzenie w kierunku starego Nissana, który wydawał się być tak samo zrozpaczony, co ja.

                Obudziłam się cała spocona, z bijącym w zawrotnej prędkości sercem. Zaczęłabym pewnie na nowo histeryzować, gdyby nie stała nade mną Kat.
                – No czas najwyższy – mruknęła. – Wołam cię i wołam.
                – Co się stało? – zapytałam, przecierając twarz dłonią. Głowa mi zaraz chyba eksploduje.
                – Nie mogę znaleźć kluczy, chodź się zamkniesz.
                Wysunęłam się spod kołdry i ruszyłam za nią do drzwi, po drodze zahaczając o pokój. Spojrzałam na syf na biurku. Podeszłam i wzięła w rękę paczkę, którą zostawił jej ten debil z tydzień temu.
                – Dalej nie otworzyłaś? – wysiliłam się na normalny ton.
                – Nie – przyznała, wciągając na siebie płaszcz. – Zobacz co to, ja nie mam nerw. – Ucałowała mnie w policzek i wyszła, zapewniając, że wróci wieczorem.
                Przekręciłam za nią drzwi i wróciłam do swojego łóżka. Wyjęłam z szuflady opakowanie lekarstw, które wczoraj przepisał mi ten konował i wzięłam jedną, niczym jej nie popijając.
                Rozerwałam papier, niszcząc tym samym niemalże kaligrafię, jaką na nim odstawił i wysypałam zawartość na kołdrę. W środku była druga koperta i list, od którego zaczęłam. Spodziewałam się ckliwego poematu, jak zwykle, jednak nabazgrał tam jedynie jakąś datę i nazwiska, których nawet wymówić bym nie umiała.
                Odrzuciłam kartkę na bok i rozerwałam kolejną kopertę, z której wysypało się kilkanaście zdjęć, przedstawiających Katherine, tyle, że dużo młodszą i właśnie tego drania, którego wszędzie idzie poznać.
               
James
                Jeśli kiedyś ktoś powie mi, że wstawanie rano i ubieranie rozbieganej pięciolatki to drobnostka, to chyba dam mu w mordę. Jane, odkąd wstała, nie miała zamiaru ani się ubierać, ani czesać, ani jeść śniadanka.
                Dopiero, kiedy na nią warknąłem, rzuciła w kąt laleczkę i obrażona zjadła te psekleną kanapkę i wypiła te pseklentą herbatkę, ale tych pseklentych włosków to ona juz nie ucese. Ile razy mi tupnęła nogą i wypięła język, to nie zliczę. Lepszą rozrywką było dla niej wpatrywanie się we mnie, wieszanie się na mnie, leżenie ze mną, wybieranie mi którą dziś koszulkę mam założyć, słuchanie jak rozmawiam przez telefon czy zwyczajne zagadywanie mnie na każdy możliwy temat. Wszystko co robiłem, chciała robić ze mną, jednak na swoich zasadach, oczywiście.
                Kiedy robiłem sobie kawę, a jej herbatę, pouczała mnie jakich kubków mam użyć, ile cukru wsypać, jak długo mieszać. Kanapki musiały być odpowiednio cienko posmarowane masełkiem, skórka obkrojona, a z keczupu zrobiona buźka, bo z buźką jej najlepiej smakuje.
                Czasami niemal mnie to irytuje, ale w gruncie rzeczy, to kochałem to. Nie było mi łatwo, ale bycie ojcem, to jednak coś wartościowszego, niż firma i kasa. One się prędzej czy później skończą, a mała Jane będzie dalej i dalej, kiedy będę niósł ją po schodach, przerzuconą przez swoje ramię, będzie wykrzykiwała…
                – Ce warkocyk! – Wierzgała rączkami i nóżkami, dopóki nie postawiłem jej na swoim łóżku. Podskoczyła na nim kilka razy i klapnęła na tyłek, udając, że przewróciła się przez przypadek.
                Przewróciłem oczami.
                – Spadniesz na głowę, jak tak będziesz robić  – stwierdziłem, podchodząc do szafy.
          – Ja nigdy nie śpadam – odpowiedziała obrażonym tonem, układają się na poduszkach. Uderzała gołymi nóżkami o łóżko, czekając, aż przyjdę do niej z ubrankami. – Zrobis mi warkocyk?
                – Jeszcze ci warkoczyki będę wiązał – prychnąłem pod nosem, bardziej do siebie.
               Pokręciłem głową i usiadłem obok. Od razu wpasowała się na moje kolana i usiłowała zdjąć z siebie piżamę. Po jej oburzonym mruknięciu, kiedy sobie nie radziła, postanowiłem jednak pomóc i zamiast różowego kompletu w kropki, włożyłem jej szare spodenki od dresu i koszulkę z kolejnym głupim napisem, typu Mały potworek tatusia, które ciągle kupuje moja matka.
                Kiedy jednak kończyłem i wkładałem jej – ha, nawet pasujące kolorem do bluzki, bo w tak samo niebieskim kolorze – skarpetki, stwierdziła, że to za chłopaco i ona tak nie chce dzisiaj. Zignorowałem ją i tym razem, zamiast tego zabierając się za czesanie jej loczków. Już jej nawet zaplątałem tego przeklętego warkocza, z czego była bardzo zadowolona. Miała długie włosy, nie dziwiłem jej się, że czasami jej już przeszkadzają i chce, by je upiąć. Chyba poważnie będę musiał pomyśleć o obcięciu ich, mimo, że zdecydowanie wole jak ma długie.
                Po chwili przeglądania się razem w lustrze podczas mycia jej ząbków, stwierdziła, że mamy taki sam kolor koszulek prawie i to super! Oczywiście zapluła przy tym pianą z pasty cały zlew i podłogę, a sprzątać tego, to już nie było komu, ale odpuściłem jej i okazałem podobną radość z tego faktu.
                Miły, choć nieco męczący poranek, zmył po sobie całą radość, z chwilą, gdy przeszliśmy z Jane przez drzwi gabinetu pani dentystki. Mimo wnętrza, które skutecznie dzieci rozpraszało, mała nie dała mi odejść nawet na moment, a na fotel usiadła tylko i wyłącznie po złożeniu mojej deklaracji, że pójdziemy do cukierni od razu po wyjściu i że zostanę dziś z nią w domku cały dzień.
                Przygłupia lekarka zaproponowała, że ją uśpi, za co obdarzyłem ją tak wrogim spojrzeniem, że już się do mnie słowem odzywać nie próbowała. Idiotka, myśli, że moje dziecko, to jakieś jest zadehadowane i sobie z nim poradzić nie umiem. Mogłem powiedzieć małej, żeby jej te palce pogryzła.
                No, ale nie było tak źle w końcu. Jane zęby ma zdrowe, ja nerwy też, wyszliśmy oboje dobrze na tej wizycie. Jedynie pani doktor na zbyt zadowoloną nie wyglądała. Pewnie chciała, żeby Jane miała zęby od słodyczy porozwalane, to i kase by wytrzepała.
                – Ja ce z tatusiem za lenke, nie z tobą! – marudziła, próbując wyrwać się mojej matce, którą zgarnęliśmy po drodze. Miała wizytę u lekarza i nagle nie mogła jechać swoim samochodem, tylko potrzebowała, żeby ją zawieźć.  Mała tupała za złości nóżkami i wypinała jej co chwila język. – Jesteś głupia dupa.
         – Jane – warknąłem, na co dziewczynka obrzuciła mnie zdziwionym spojrzeniem. Wyciągnąłem w jej stronę rękę, żeby podeszła i mnie za nią złapała.
                Przebiegła przestrzeń nas dzielącą i stanęła obok mnie, od razu się przytulając.
                – Dlaczego ty się tak brzydko odzywasz? Nie możesz tak mówić do babci – skarciłem.
                – Ale cemu? – Spojrzała na mnie ze smutkiem o czach. – Jak ciałam z tobą kupić.
                – Oj daj jej spokój – odezwała matka, podchodząc bliżej. – To tylko dziecko. Powtarza wszystko, co usłyszy.
                – To nie znaczy…
                – Co podać? – przerwała mi ekspedientka, zanim zdążyłem odpowiedzieć jednej i drugiej.
                Spojrzałem na grubawą brunetkę, uśmiechającą się do nas uprzejmie. Byliśmy w obiecanej cukierni. W końcu nagroda za tak dzielną pacjentkę musiała być.
                – Tato, dlacego ta pani nie powiedziała nam dzień dobry? – spytała mnie szeptem Jane.
                Uśmiechnąłem się pod nosem.
                – Zapomniała. Co zjesz?
                – Ciastecko! – zawołała.
                Przewróciłem oczami na tę ekscytację, ale pozwoliłem jej podejść do szyby, za którą były przeróżne rodzaje ciast, ciasteczek i tortów.
                – Ce to! – odezwała się, kiedy już traciłem cierpliwość. Wskazała palcem na czekoladowe z kremem. – I te, i te, tatusiu, mogę tez te? – postukała palcem w szybę, w miejscu, gdzie były kruche, z kawałkami czekolady.
                – Dobrze, ale nie dotykaj szyby – pouczyłem, biorąc ją za rękę. – Weźmiemy jedno czekoladowe z kremem i kilka tych kruchych – zwróciłem się na powrót do kobiety, która uśmiechała się szeroko w kierunku dziewczynki.
                – A babcia zje sobie to – dodała i wskazała palcem na zielone, niezbyt apetycznie wyglądające ciasto.
                – A może babcia zjadłaby inne? – Zmarszczyłem brwi i zerknąłem na matkę, którą wyraźnie bawiła cała sytuacja.
                – Babcia zawse je zielone!
                – Zawse? – powtórzyłem po niej, krzywiąc się. – Dobra, weźmiemy jeszcze to zielone. I jedno z owocami.
                – A mama?
                – Co mama? – zdziwiłem się.
                – Mama mu ulodziny, tseba dać jej ciastko – powiedziała tonem, jakby irytowała ją moja niewiedza.
                Ponownie spojrzałem na rodzicielkę, która odpowiedziała mi pełną skruchy miną.
                Westchnąłem i spojrzałem na dziecko, które niecierpliwie szarpało mnie za rękaw. Pokiwałem w końcu głową, przygładzając jej loczki.
                – Dobrze. Weźmiemy też dla mamy.
                Zapłaciłem za słodkości i wyszedłem z cukierni, prowadząc, a raczej ciągnąć za sobą Jane, ponieważ w żaden sposób nie dawała rady dotrzymać mi kroku. Ani trochę jej to jednak nie przeszkadzało. Całą drogę do samochodu śmiała się i przeżywała dzisiejszy dzień, w którym to od samego rana byliśmy razem.
                Usadziłem ją w foteliku i sam zasiadłem za kierownicą, ustawiając lusterko tak, żebym widział trochę tylnej szyby i trochę dziewczynki, która non stop coś do mnie mówiła.
                – Musiała usłyszeć, jak rozmawiałam wczoraj z Marthą, przepraszam – przyznała moja speszona matka, mniej więcej w połowie drogi.
                Pokiwałem głową, nie zaszczycając jej choćby spojrzeniem.
                – Nie rozmawiaj przy niej, proszę, o Julii – westchnąłem po chwili. – Nie chcę, żeby…
                – Wiem – przerwała mi, kładąc dłoń na mojej, spoczywającej na kierownicy. – Wiem, przepraszam – powtórzyła.
                Zerknąłem na nią na chwilę, powstrzymując odruch cofnięcia ręki. Wpatrywała się we mnie intensywnie, czekając chyba na jakąś reakcję. Nie doczekała się, więc sama ją zabrała i odwróciła się do dziewczynki, która bawiła się teraz suwakiem różowej kurteczki.
                – Dać ci ciasteczko? – Jej uśmiech skierowany do dziecka, było nawet słychać w wypowiadanych słowach.
                Moja matka kochała Jane chyba bardziej, niż kochała wszystkich nas razem wziętych. To było jej oczko w głowie. Ukochana wnusia. No, ale fakt, kto by jej nie kochał.
                 Jeszcze takiego fajnego ojca ma – zaśmiałem się do siebie w myślach.
                – Tata mówił, źe nie mozna jest w sam… sam… – próbowała wymówić, jednak bezskutecznie.
                – Samochodzie – pomogłem jej z uśmiechem, na co pokiwała główką.
                – Tata bzdury plecie – stwierdziła blondyna, za co została zgromiona wzrokiem.
                – Tata zawsze ma racje – poprawiłem ją. – Nie można jeść w samochodzie, bo się może zabrudzić. Poza tym, mogłabyś się zakrztusić, a ja prowadząc ci wcale nie pomogę – argumentowałem, na co Elizabeth popukała się w czoło.
                Szczęście, że miałem ją już wysadzać, bo bym ją czymś walnął. Zapowiedziała, że za około godzinę wróci i zostawiła nas samych. Stwierdziłem, że bez sensu będzie spędzać czas w samochodzie, szczególnie, że przy Jane to byłoby całkowicie niemożliwe, więc poszliśmy na zakupy. Dobrze się złożyło, bo w lodówce niewiele co zostało.
                Jednak zakupy z moją córką wcale tak łatwe i przyjemne nie były. Wszystko, co dojrzała, było absolutnie potrzebne, szczególnie, gdy przechodziliśmy obok działu z zabawkami, którego tak bardzo starałem się uniknąć.  Ktoś złośliwy postanowił zagrodzić jedno z przejść nierozpakowanymi kartonami z herbatą, więc z braku laku, już przeszliśmy przez te kolorowe piekło.
                Jestem z siebie jednak dumny, bo prócz książeczki, którą razem wybraliśmy, nie kupiłem jej nic, czego żądała. Ba, bezczelnie jej jeszcze zaproponowałem, że powinniśmy przebrać jej zabawki i część z nich, którymi się nie bawi, oddać biednym dzieciom.
                Nie było dla mnie zaskoczeniem, że nagle lubiła każdą swoją zabawkę i każdą się bawiła.
                – Tato, a co tak pienknie pachnie? – usłyszałem, kiedy byliśmy już, dzięki Bogu, w domu.
                Spojrzałem zdziwiony na Jane, stojącą obok mnie. Jej schludny warkoczyk już się rozwalił, tworząc teraz luźny, podobny do zwykłego kucyka, buzie miała ubrudzoną w czekoladzie, a spodnie opuszczone jak u chłopaka.
                – Zupka – odpowiedziałem, kucając obok, żeby doprowadzić ją trochę do kultury.
                – Dasz mi troske?
                No o ile byłem zdziwiony przy jej pienknie pachnie, o tyle teraz, myślałem, że się przewrócę. Dzieciaka mi podmienili, jak nic. Normalnie, to nie można jej było zmusić do jedzenia zupy. Już nie raz słyszałem skargi, że nią pluje, że nie chce, że ona tego nie będzie jadła.
                – Pewnie – odpowiedziałem szybko, żeby się nie rozmyśliła i usadziłem ją na blacie, z dala od kuchenki.
                – Kiedy pojedziemy do mamy zawieś jej ciastecko? – zapytała, pomiędzy łyżkami nieco już ostudzonej pomidorówki.
                Zamyśliłem się, nie wiedząc, co odpowiedzieć.
                – Na pewno jest teraz zajęta – powiedziałem w końcu. – Podrzucę jej to ciastko później.
                – A kiedy ona psyjedzie do nas?
                Wzruszyłem ramionami, przecierając jej buzie chusteczką.
                – Nie wiem. Zjesz jeszcze?
                Pokręciła główką na nie.
                – Dziękuje – powiedziała z uśmiechem, zanim zdążyłem ją upomnieć, jak zwykle, słowami co się mówi?.
                Sam nie zwracałem na to większej uwagi, dopóki nie zostałem ojcem i nie stwierdziłem, że mała musi wiedzieć, w jakich sytuacjach mówić te magiczne słowa, typu proszę, dziękuję, przepraszam.
                – Proszę bardzo. – Zsadziłem ją z blatu, sam biorąc się za sprzątanie.
                Oczywiście, bez pomocy się nie obeszło, bo Jane, to zawodowa sprzątaczka jest. Miałem przy niej jeszcze więcej roboty, ale odgonić się nie dała za nic.
                Po południu padła i byłem pewien, że mam chociaż godzinę, dwie, zanim się obudzi. Zostawiłem ją więc pod opieką mojej matki, która notabene zjawiła się zaraz po obiedzie, pod pretekstem podzielenia się wieściami od lekarza, a sam postanowiłem odwiedzić Julię. W końcu miała dziś urodziny.
                Po piętnastu minutach drogi, znalazłem się na miejscu.
                Przeszedłem przez obłażącą z farby, metalową bramę, skierowałem się we właściwą stronę i uliczkę, aż stanąłem w końcu dokładnie przed nią.
                 Z westchnieniem przysiadłem na ławce naprzeciw. Przyjrzałem się czarnemu marmurowi, na którym złotą czcionką wypisane było imię, nazwisko, data urodzenia, śmierci i jakaś beznadziejna sentencja, którą zażyczyła sobie jej matka.
                Zabiłaby ją za to śmiechem – mruknąłem do siebie w myślach.
                Położyłem na skale pudełko z ciastkiem i kupiony po drodze bukiet goździków.
                – Gdybyś nie była głupia, to dziś kończyłabyś dwadzieścia siedem lat – mruknąłem do zdjęcia umieszczonego obok owych liter. – Córka ci ciastko kazała kupić i pytała, kiedy wreszcie przyjedziesz. – Oparłem łokcie o kolana. Pokręciłem głową, czując się jak debil. – Jeszcze przez ciebie mnie zamkną w psychiatryku, jak ktoś z boku dojrzy, że siedzę i do ciebie gadam – zniżyłem głos.
                Popatrzyłem na kwiaty, które przyniosłem. Odwinąłem je z opakowania i włożyłem do marmurowego wazonu, sczepionego z całym grobem, jednocześnie wywalając poprzednie, już uschnięte.
                – Ja nie wiem co ty w tych badylach widziałaś, śmierdzą niemiłosiernie. – Westchnąłem po raz kolejny i kopnąłem kamień, walający się koło mojej nogi.
                Spojrzałem w bok, na faceta przechadzającego się między alejkami. Patrzył się na mnie jak na debila, ale chyba nie miał odwagi podejść. 
                Zabrzęczał mi telefon, więc wyjąłem go i odebrałem.
                – Czego? – spytałem obojętnie, ziewając.
                – Ee… – zająknęła się. – Przepraszam, panie Kenner, ja wiem, że ma pan dziś wolne… – Nabrała oddech. – Ale nie ma pańskiego ojca, a jacyś inwestorzy…
                – Carter niech się tym zajmie – przerwałem jej.
                – Ale Cartera nie ma.
                – No to Janett.
                – Nie mogę się do niej dodzwonić – przyznała ledwo słyszalnie.
                Chyba myślała, że ją za to zjebie. W sumie mógłbym, czemu nie, ale oszczędzę jej, już nie będę taki.  Rozłączyłem się zamiast tego i wybrałem numer do tej blondi. Odebrała za trzecim razem.
                – Po co ci babo ten telefon, jak go nie odbierasz?
                – Pasuje mi go samochodu – mruknęła w odpowiedzi. Chyba spała, bo miała taki głos dziwny. Albo wyła. – Co się stało?
                – Jedziesz do firmy?
                – Mam dziś wizytę u lekarza, mówiłam ci wczoraj.
                Przewróciłem oczami i westchnąłem ciężko. Wszyscy do lekarza nagle – pomyślałem, będąc pewnym, że ściemnia.
                – Wami wszystkimi to się kurwa wysłużyć. – Przerwałem rozmowę, nie fatygując się, żeby rzucić jej chociaż lekceważące na razie.
                Wstałem i strzepnąłem kilka zbłąkanych patyków z płyty.
                Wszystkiego najlepszego – zakpiłem w myślach. Sto lat, ta?
                Pokręciłem głową, śmiejąc się gorzko na całą te sytuację i odszedłem w kierunku parkingu, mając zamiar jechać po Jane, a później do tej cholernej firmy.

~*~

Powinnam się pod ziemię ze wstydu zapaść, za to, z jakim opóźnieniem pojawił się ten rozdział, jednak ostatni miesiąc przychylny zbyt dla mnie nie był, stąd ten mocno odwleczony w czasie termin.
Na Waszych blogach oczywiście też mam zaległości, ale głównie w komentowaniu, niż w czytaniu. W najbliższe dwa tygodnie postaram się bardzo produktywnie skorzystać z wolnego i pojawić się u każdego :)
Poprzednie rozdziały zostały poprawione - w końcu. W treści niewiele co się zmieniło, prócz nazwiska Katherine i małej wzmiance o Julii w pierwszym rozdziale. Wszystkiego będziecie mogli się dowiedzieć niedługo w zakładce "bohaterowie", która niebawem zostanie uaktualniona :)